home sweet home 5


Minął tydzień odkąd jesteśmy w domku. Powoli wracamy do internetowego świata. Wybaczcie blogową ciszę… Potrzebowaliśmy tego tygodnia, by powrócić do normalności. Właściwie ja potrzebowałam tego tygodnia, by opadły emocje. By wydarzenia ostatnich dwóch tygodni w końcu przetrawić. By pogodzić się z tym, na co i tak wpływu nie miałam… Wreszcie, by nacieszyć się moją rodziną, którą musiałam opuścić na dwa tygodnie. To były chyba najdłuższe dwa tygodnie w moim życiu. W murach szpitala musiałam jednak  zmierzyć się nie tylko z tęsknotą, o której pisałam w ostatnim poście..
Nie znoszę szpitali od dawna. Choć w tych murach już dwa razy ‘dostałam życie’, jedno straciłam i zapomnieć o tym mimo upływu lat nie jestem w stanie. Z dreszczami na plecach, łzami w oczach idę więc za każdym razem, kiedy muszę stanąć jako pacjent jednego z oddziałów. Każdy dzień spędzony w tym miejscu dłuży się niemiłosiernie. Dzień jak tydzień, tydzień jakby miesiąc poza domem… 
Kiedy więc Dzidziuś zdecydował się przyjść na świat, nocą, tuż przed planowaną na poranek indukcją, byłam szczęśliwa. Nie tylko dlatego, że ominęły mnie kroplówki oksytocyny. Nie tylko dlatego, że wreszcie mogłam tulić to maleńkie serduszko, które przez tyle miesięcy tak mocno dawało o sobie znać. Dlatego, że za niespełna trzy dni miałam być w domu ze swoją rodziną. Miałam. Sielanka trwała jeden dzień. Mimo tego, że z porodówki zjechałam trzecia trzydzieści, praktycznie nie spałam, a każdy mięsień mojego ciała rwał jak głupi, to był piękny dzień. Kolejny poranek nie był już taki kolorowy. Dzidziuś dostał żółtaczki. Nie bałam się. Jeszcze przed porodem, byłam gotowa zostać nawet i dzień dłużej na własne żądanie, by ewentualną żółtaczkę zbijać, bo z Dzidziulką przeżyliśmy przygody z bilirubiną, których nie chciałam powtarzać. 
Kiedy przyszła Pani doktor i powiedziała, że nas przenoszą, bo bilirubina jest za wysoka, a ponadto podwyższone są wskaźniki świadczące o infekcji, byłam ‘odważna’. Spakowałam torby i pożegnałam ‘koleżanki’ z sali, grzecznie udając się za położną. Kiedy jednak zatrzymaliśmy się i usłyszałam, że dzieciątko tu zostaje, a Pani idzie na salę, zdałam sobie sprawę, że ta moja ‘odwaga’ jest udawana. Przez chwilę szło mi całkiem nieźle, nawet sama dałam się nabrać. Przez chwilę, bo później wszystko się posypało. Poszłam za szklane drzwi, by zobaczyć moje maleństwo. Takie malusie, bezbronne. Nie potrafiłam udawać. Łzy leciały jak grochy. Nie chciałam go zostawiać nawet na chwilę. Pielęgniarki pocieszały, ale w mojej głowie słyszałam tylko słowa lekarza… niefizjologiczna żółtaczka, infekcja, antybiotyki.
Nie potrafiłam leżeć na sali bez Dzidziusia, chodziłam więc co chwila, mimo, że każdy krok sprawiał ból. Siadałam na fotelu i patrzyłam na naszą kruchą istotkę. Siadałam, choć przez tydzień jadłam każdy posiłek na stojąco, pomimo działania przeciwbólowych leków…
Dziś patrzę na wszystko inaczej. Dziś wiem, że te wydarzenia uczyniły mnie silniejszą. Dziś  wiem również, że owa infekcja i antybiotykoterapia nie przesądzają o przyszłym stanie zdrowia Dzidziusia. Wtedy jednak głowa nie potrafiła przekonać serca matki. Serca, które cierpiało na sam widok kruchego noworodka, z wenflonem w rączce i pompą z antybiotykiem, uziemionego w inkubatorze…

koszulka, sweter – zara/ spodnie, spinka – h&m/ buty – cherokee


Dodaj komentarz

5 thoughts on “home sweet home

  • Asia

    Kochana, dokładnie wiem jak się musiałaś czuć. Ja sama leżałam z Miśką w oddzielnych salach, jedną noc spędziła na OIOMie. Były łzy, była tęsknota i czułam też strach, nigdy tych emocji nie zapomnę.
    Ogromnie się cieszę, że jest już w porządku, że powoli wracasz do siebie i przy okazji do naszego blogowego światka :)
    Zdrówka dla Was i wypoczywajcie dalej, teraz pozostaje Wam cieszyć się sobą i regenerować :)
    Ach, Dzidziulka jak zawsze piękna i uśmiech na mej twarzy przywołała 😀

  • Goha Micyk

    Oj też znam ten strach…
    Synuś miał koszmarnie niski cukier (24!!! A powinien mieć minimum 75…) i też zaliczył inkubator i kroplówki… to jest okropne :-(
    Niby taka błahostka, bo teraz jest zdrowym cudownym 2latkiem, a do dziś mój najgorszy sen to on w tym inkubatorze i hasło pielęgniarku: "…bo pani dziecku sie tak troche nie chce zyc"…

  • Ona Jedna a Ich Dwóch

    Czytam i wracają wspomnienia. MałyA miał też długo żółtaczkę, tez mi Go zabrali do innej sali, Jezu jak ja wtedy cierpiałam!!! Na nic zdały się pocieszenia od rodziny, słowa położnych, że stracę mleko… Nie potrafiłam nad tym zapanować! Byłam tak bardzo nieszczęśliwa, i tak bardzo bałam się o tą moją malutką istotkę, że musi tam leżeć sam! Nie spałam 3 noce, byłam tak potwornie zmęczona, ale nie potrafiłam nawet na chwilkę przyłożyć głowy do poduszki! I oczywiście problemy z karmieniem, bo jak mogło być inaczej, 3 dni szlochu i rozpaczy… dzisiaj wiem, że nie było Mu tam tak źle, ale nie wiem czy przy następnym razem ewentualnym razem, będę to przeżywać inaczej. Wątpię, bo to oczywiste, że po porodzie chcemy mieć tą kruszynkę przy sobie, dbać o nią i tulić, by wiedziała, że jest dla nas całym światem, czy to pierwsze czy czwarte dziecko!

  • Anonimowy

    Jak czytam to jakbym siebie widziała, tylko że u mnie największą traumą było to, że ja już spakowana siedziałam na łóżku czekając na wyniki na żółtaczkę bo moje dziecko jest taką małą brzoskwinką i lekarki niedowierzały że nic mu nie jest. Siedzę sobie, siedzę piję herbatkę wyluzowana że za jakieś 5 minut malucha przyniosą mi w ramiona, ubiorę go i siup do domku a tu wchodzi lekarka i mi mówi ,że musimy zostać jeszcze tydzień bo mały ma jakąś infekcję i słabe wyniki. Patrzę na nią i jak się rozryczałam to z godzinę nie mogłam się uspokoić. Tylko w tych łzach rozpakowywałam torbę na nowo. Wychodząc po tygodniu pani doktor powiedziała mi, żebym zapomniała w ogóle o tej infekcji bo się nie rozwinęła i nie będzie na pewno rokowała w żaden sposób na przyszłym zdrowiu mojego dziecka. A antybiotyk jest właśnie po to, żeby nie doprowadzić do tragedii i dziecko przeleczyć zanim coś zacznie się dziać. Mój mały ma już ponad rok. Z perspektywy czasu , przypominając sobie moją histerię z tamtego dnia śmieję się że pewnie łożysko wtedy do pieca wrzucali – bo w takim stanie to się nie widziałam jak żyję 😛 Ciesz się maleństwem a o tym szybko zapomnij.