crazy… life! 2


Dopadają Was czasem takie dni, kiedy na samą jego myśl macie ochotę zostać w łóżku? Coś czuję, że matki mają takie dni częściej niż reszta świata. I częściej, niż się do tego przyznają… Tak, tak, bo przecież nie wypada narzekać. Nie wypada przyznać się, że to szczęście, które kopnęło tak mocno raz, dwa, albo i więcej razy odbijać się może czkawką. Całkiem niedawno miałam taki dzień właśnie. Milion rzeczy do załatwienia, ale w końcu listę ‘to do’ sama zrobiłam. Niby lubię taką zwariowaną codzienność. Lubię to zabieganie. Lubię zostawiać na chwilę rutynę i dać się porwać szaleństwu. Ale najbardziej lubię, kiedy ten dzień się kończy… Wróćmy jednak do początku.

Zwariowany dzień zaczyna się nieprzyzwoicie wcześnie. Czasem nawet w środku nocy, kiedy maluszek wyjątkowo często potrzebuje zaspokoić odruch ssania, czując jednocześnie ciepło mamy, a uradowany widokiem rodzicielki, stwierdza, że po jedzeniu woli patrzeć w jej oczy, niż spać. Czasem w sytuacji idealnej zwariowany dzień rozpoczyna się o świcie, kiedy chwilę przed szóstą wstaje nasza głowa rodziny, i  która już pół godziny później musi nas opuścić… Bo ktoś musi zarabiać na bułki. Bułki, bo ciepłe croissanty, które uwielbiamy na śniadanie kupione zazwyczaj w Lidlu (oferta tutaj), możemy pozwolić sobie tylko w dni wolne od pracy. No chyba, że akurat trwa promocja na pampersy, które kończą się w zastraszającym tempie. Śmiem twierdzić, że w nocy ktoś podbiera, krasoludki, trole może? Wówczas matka wpada na szalony pomysł, by sama, ale przecież nie sama, bo z dwójką dzieci, pojechać do sklepu (tego tutaj), a przy okazji zjeść pyszne drugie śniadanie. No ale w taki zwariowany dzień, praktycznie nic nie idzie po myśli Matki przecież. Ta chcąc uszczęśliwić Dzidziulkę, by z większą ochotą zjadła śniadanie (czyt. szybciej i bez aferek) z kanapki robi dwadzieścia miniaturowych kanapeczek, takich wiecie 1,5 cm na 1,5cm. A Dzidziulka z zachwytu nad tymi słodkimi kanapeczkami, takimi tyci tyci, nie może skupić się na jedzeniu. Postanawia liczyć te ‘słodkie’ mini cuda, po każdym zjedzonym kęsie, wydłużając tym samym śniadanie nawet do godziny. W między czasie, a więc doglądając Dzidziulki, czy przypadkiem tyci kanapeczek, a przy okazji swoich tyci paluszków nie moczy w herbatce, która serwowana w tyci szklaneczce, do śniadania jest obowiązkowa, dopijam zimną już kawę, zrobioną po wstaniu, jedną ręką trzymając Dzidziusia, który wysysa kolejne, chyba ze trzecie już śniadanie.  
Wreszcie akcja śniadanie zostaje uznana za zakończoną, a zatem przejść można do ubierania. Kiedy w taki zwariowany dzień, po nie do końca udanej akcji śniadaniowej, udaje się sprawnie ubrać siebie i dwoje bąbelków, nawet w okrycia wierzchnie, wychodzi taka Matka z uśmiechem na twarzy, zmylona krótkotrwałym szczęściem, myśląc, że wszystko szybciutko załatwi, nawet nie wiedząc w jakim wielkim jest błędzie. W tak zwariowany dzień, autko zazwyczaj trzeba odśnieżać i skrobać, mimo że do tej pory za oknem królowała wiosna, tego wyjątkowego dnia, zima postanowiła się ujawnić albo wrócić, po prostu. A nawet kiedy już uda się przygotować do odjazdu, za bardzo przy tym nie zmarznąć, zazwyczaj przypomni się, że teczka, ze sprawami do załatwienia została na szafce w przedpokoju. Wracanie się z dziećmi do domu to średni pomysł, ale o tym Matka dowie się dopiero chwilę później. Sprawy na mieście w zwariowany dzień też nie idą gładko, bo przecież byłoby zbyt pięknie. Poczynając od tych błahych, takich jak znalezienie miejsca parkingowego, a do tego miejsca, które umożliwiałoby otwarcie drzwi auta w taki sposób, by móc dzieci wyjąć, zwłaszcza tego tyci, którego trzeba z całym nosidełkiem brać. Kolejki w zwariowany dzień również są wyjątkowo długie, albowiem to dzień, kiedy wszyscy postanawiają tego samego typu sprawy załatwiać i wszyscy spieszą się, więc takiej Matki, co to sobie z dwójką dzieci dla przyjemności i zabicia czasu po instytucjach chodzi, przepuścić absolutnie nie mogą. Po godzinie zatem umilania ludziom czasu, wreszcie możemy wyjść, ale najpierw ubierać się od nowa, bo stojąc w kolejce rozebraliśmy się prawie do rosołu. Matce jednak mało, postanawia więc odhaczać kolejne punkty z listy. Robimy zakupy tutaj i tutaj. Mijając galerię Dzidziulka krzyczy, że chce zajechać. Matka spogląda na zegarek, ponad godzina do drzemki, chusteczki w promocji do kupienia (o tutaj). Z lekkim wahaniem zajmuje pas dla skręcających w prawo, uśmiechając się już nieco mniej, ale wciąż naiwnie wykonując zadania z listy. W takiej galerii, zanim dojdziemy do sklepowej półki wziąć te chusteczki z promocji, zatrzymujemy się przy każdym sprzęcie ala karuzela, które w naszej galerii stanowią istotny punkt zarobkowy, bowiem z którejkolwiek strony się zajdzie, spotka się co najmniej dwie.
I kiedy już po zabieganym poranku, siada Matka, bo nóg nie czuje, nawet potrafi czuć dumę, że tyle punktów z listy odhaczyć z dwójką dzieci potrafiła. Uradowana, że za chwilkę uśpi swe pociechy i w domu nastanie cisza, którą delektować się będzie z nogami na stole i kubkiem ciepłej kawy w rękach. Wtedy zaś okazuje się, że Dzidziulka z nadmiaru atrakcji, które doświadczyła, kipi energią, czego oczywiście nie widać po Matce, która atrakcji można by rzec miała równie dużo, jeśli nie deko więcej. Ale w zwariowany dzień nawet najdoskonalszy plan nie ma szans na powodzenie. Dzieciaki mijają się więc z drzemkami, a czasem nawet darują sobie tę przyjemność, na rzecz jęków i marudzenia. Z bąblem pod pachą i drugim bąblem przy nodze, pośród tych wysokich tonów nieznanego języka ‘łeeee łeeee’, w pośpiechu, a czasem i we łzach powstaje nasz ciepły obiad, który i tak ostatecznie z Dzidziulkowym Tatą zjadamy zimny….

To jeden z tych postów, które powstały jakiś czas temu, ale perfekcjonizm połączony z brakiem czasu nie pozwoliły go dokończyć. Dzisiaj zaś, po całonocnym, a w dodatku nie pierwszym już, czuwaniu przy wymiotującym synku staje się bardzo… nieaktualny. Dziś priorytety zmieniają się zupełnie i taki zwariowany dzień, kiedy na głowie mnóstwo rzeczy do zrobienia, a w domu panuje gwar, często połączony ze łzami Dzidziulków, dopominających się w ten sposób zaspokojenia swoich potrzeb w trybie natychmiastowym, staje się nawet cichym marzeniem. Po raz kolejny przekonujemy się na własnej skórze, że Kochanowski miał całkowitą rację i tylko ten potrafi docenić zdrowie, kto je stracił. Zaś kiedy o zdrowie dzieci chodzi, rodzic oddał by wszystkie skarby świata, aby to zdrowie wróciło. W taki dzień, jak dziś, kiedy sześciomiesięczny bąbelek jest o krok od odwodnienia, a rodzic ze skierowaniem do szpitala w ręku wychodzi z gabinetu doktora, oddał by wiele, by tylko taki zwariowany dzień, albo nawet i pięćdziesiąt takich zwariowanych dni przeżyć, gotów nawet pakt z diabłem podpisywać, oby tylko dzień już zakończyć happy endem.
To zaś skłania do jeszcze większej refleksji, jak to człowiek skonstruowany, że cieszyć się nie umie z tego co ma, że zawsze musi znaleźć coś, co złe i czepiać się tego. Jak narzekać musi, że mu ciężko, jak wynajdywać problemy. Zamiast skupić się na tym, co dobre w jego życiu. Dziękować za zdrowie, które gdy nie szwankuje, traktuje jako oczywistość, często nic nie znaczącą…


Dodaj komentarz

2 thoughts on “crazy… life!

  • . MartynaG.pl

    Bardzo często dopadają nas takie chwile, zwłaszcza poranki, że najchętniej schowałoby się głowę pod poduszkę i udawało, że nas niema… Niestety, to nie ten czas gdy w ten sposób można uciec od obowiązków. Na szczęście gdy tylko już wróci się do świata żywych te wszystkie myśli odchodzą w zapomnienie i można rozkoszować się byciem matką i kurą domową :)

    Oby jak najmniej takich chwil ponurych w naszym życiu było i tak jak piszesz – obyśmy więcej doceniali tego, co dał nam los… a mamy masę szczęścia – Twoje akurat widać na tych pięknych zdjęciach :)

    Pozdrawiam, MG