Warsaw here we come 2



Ten plan skazany był na niepowodzenie już na starcie.
 Co więcej, doskonale wiedziałam, że tak będzie. Mimo to, przystanęłam na pomysł zorganizowania imprezki dzień przed podróżą. Wyjazd do stolicy mieliśmy zaplanowany i nie byliśmy w stanie daty zmienić.
Cel był jeden, ale chcąc wykorzystać to, że wybieramy się tam tak rzadko, szybko pojawiły się kolejne, do zrealizowania tak przy okazji. 
Budzik nie zadzwonił, choć ustawiałam na pewno.
 Na szczęście obudziła nas Dzidziulka. Rzadko zdarza się, żeby rodzic cieszył się, gdy dziecko budzi o 5:48,  ale tym razem uratowała nas, więc fuksem udało się wyjechać zgodnie z planem, o 7. 
Musiałam jednak przejąć stery i prowadzić auto.  Kilka razy otarłam się wobec tego o stan przedzawałowy, kiedy wydawało mi się, że jadący obok tir, zaraz na nas zjedzie. Uświadomiło mi to jednak, że może czas na badanie wzroku, bo soczewki kontaktowe, przestają ‘działać’. Do tego utrzymująca się przez całą podróż mgła nie ułatwiała. 
Tatuś Dzidziulki, zapomniał ładowarki do auta, choć specjalnie późną nocą wyszedł po nią, odprowadzając gości. Trzeba było zatem oszczędzać baterię w telefonie, by starczyło na nawigację.
Całkiem przypadkiem zaszyliśmy po wodę do Carrefour. Trafiłam na cały wielki kosz chustek/apaszek/szalików w rewelacyjnej cenie. Było ich mnóstwo i  nie mogłam się zdecydować.
 Poganiana przez Tatusia, zmylona obietnicami o zajściu jeszcze w drodze powrotnej, wzięłam tylko trzy. Dobrze, że nie posłuchałam się i nie zostawiłam tych trzech, bo w kolejnych Carrefour’ach śladu po nich nie było. 
Zaś gdy dotarliśmy do parku, po kilku minutach aparat zakomunikował “wymień akumulator” i już było po zdjęciach. Musieliśmy więc jedynie nacieszyć oko tymi pięknymi jesiennymi krajobrazami. Byłam zła na siebie, że nie sprawdziłam baterii wcześniej. Już chciałam kupować nowy akumulator w najbliższym sklepie. Zaangażowaliśmy nawet kolegę, by takowy znalazł. Zanim jednak dowiedzieliśmy się, w którą stronę ruszać, ochłonęłam. Darowałam sobie pochopne decyzje i ruszyliśmy pocieszyć się na zakupach ubraniowych.
Jednak pędem przemknęliśmy przez galerię. Nie pytajcie…
Tatuś Dzidziulki stwierdził nawet, że takie zakupy to on lubi, więc możecie sobie wyobrazić, jakim pędem to było. Za wiele nie kupiliśmy. Szkoda było wydać 99 złotych na sweter, który niby się podoba, ale to nie taki jakiego szukam i nie wiem do czego byśmy go Dzidziulce zakładali. Nie sztuką jest przecież kupić coś drogo. Zaszaleliśmy za to w Ikei, choć tak naprawdę w domu nie widać, gdzie te pieniążki zostały wydane. 
Pocieszeniem jest jedynie fakt, że główny cel podróży został zrealizowany. Jak widać, nie da się “upiec dwóch pieczeni, na jednym ogniu…”
My jednak nie wyciągnęliśmy nauki z tej jakże cennej lekcji i próbowaliśmy ponownie kilka dni później…

Ubranka chyba znacie:
bluza – biedronka
spódnica – gymboree
czapka – h&m
szalik – carrefour
rajstopy – smyk
ocieplacze – szafa mamy
buty – lasocki kids

Dodaj komentarz

2 komentarzy do “Warsaw here we come