złote słońce i szara codzienność 6


Wiecie co jest fajnego w kiepskich dniach? To, że w końcu miną! Życie nie może składać się tylko z tych pięknych, byłoby przesłodzone i bolał by brzuch. Dzięki gorszym chwilom, doceniamy te lepsze. A im trudniejsze rzeczy do przeskoczenia stają nam na drodze, tym większa satysfakcja, że się udało. Dzisiejszy środowy poranek jest wyjątkowy. Mimo, że nie ma w nim absolutnie nic ‘wyjątkowego’. Za oknem szaro i buro. Korony drzew szaleją na wietrze, więc wygląda na to, że i za ciepło nie jest. Zajadamy z Dzidziulką śniadanie jeszcze w piżamach, choć dochodzi dziewiąta. Jedną ręką gryzę kanapkę, popijam herbatę, kontroluję Dzidziulkę, co raz dokarmiając, kiedy oświadcza, że właśnie się najadła, a robi tak z dziesięć razy podczas posiłku, a drugą ręką przytulam Dzidziusia, który zaczyna odpływać, zajadając cycusia. I właśnie owa wyjątkowość tego rozpoczynającego się dnia polega na tym, że z wyjątkowością wspólnego  nie ma nic. A ostatnio brakowało nieco tej codzienności. Takiej normalnej, zwykłej, kiedy naszym jedynym planem dnia jest po prostu dobrze się bawić… Bez pośpiechu i bez stresu. Bez miliona spraw do załatwienia.

kurtka – zara/ getry – reserved/ ocieplacze – little rose & brothers/ trampki – in extenso/ czapa, szalik – no name

Dodaj komentarz

6 komentarzy do “złote słońce i szara codzienność