bankowe umilacze… 1


Średnio raz w miesiącu muszę odwiedzić pewne miejsce. Niby cywilizowane, ale nie do końca ludzi tam spotykanych cywilizowanymi bym określiła. Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że za każdym razem przysięgam sobie, że to ostatni raz… A potem mija miesiąc, a ja robię dokładnie to samo. Sytuacja się powtarza, ja wychodzę równie wściekła, zmęczona i pytam sama siebie – ‘a czego się spodziewałaś?’… Nic się nie zmienia. Mija miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, ale miejsce się przecież nie zmieni, bo zmienić musieliby się ludzie. Wydaje mi się wręcz, że z każdym kolejnym razem jest nawet gorzej. A może Dzidziulka wyczerpuje moje pokłady cierpliwości i na obcych ludzi już nie wystarcza…
Wiecie o czym mówię? O tych wszystkich ludziach, którzy odwiedzają średnio raz w miesiącu pewną placówkę. 
W naszym mieście banków jest sporo, ale oczywiście powodzeniem cieszy się jeden. Zwłaszcza wśród ludzi starszych, którzy banki zagraniczne uważają za najgorsze zło, bo złodzieje, oszuści, nie będą przecież z zagranicy obcy jacyś zarabiać na nas… Więc wszyscy wybrali najcudowniejszy, bo nasz, bank polski. Bank, w którym kolejki są zawsze. Czy przyjdziesz rano, czy popołudniu, czy w piątek, czy w środę, czy we wtorek, wystać swoje musisz, po prostu. Okienek jest mnóstwo, ale pań obsługujących jak się trafi trzy to już wielki sukces. Ja jako osoba dosyć młoda (:p), znająca co nieco reguły panujące w takim banku, nawet współczułam trochę tym paniom, które niestety pracy lekkiej nie mają. Oprócz stada klientów, którzy są non stop, wielkie plany sprzedażowe, rosnące z każdym miesiącem. Gdzie szukać klientów nowych, skoro nawet nie ma czasu kanapki zjeść… Pyta więc każdego, obsługującego klienta o wszystkie możliwe usługi tego banku. A że większość z tych klientów to ludzie starsi, musi powtarzać po kilka razy, bo ktoś nie zrozumie, nie dosłyszy… Niestety to sprawia, że czas się wydłuża, kolejka nie maleje w ogóle, a ludzie zaczynają się frustrować. 
Nie było chyba jeszcze wizyty w banku bez ‘awantury’, niezadowolonego klienta, zniecierpliwionego długim czasem oczekiwania, czy wciskającej się pani bez kolejki. Oczywiście chcąc nie chcąc wysłuchać trzeba historii życia wielu babć, dziadków, pań, panów rzadziej. Kiedyś historie te potrafiły rozbawić, umilały czas spędzany w oczekiwaniu na swoją kolej. Dziś wydają się żenujące baaaardzo np. pani tłumaczy drugiej pani, jak to jej mąż w takich kolejkach nie stoi, bo ma taką kartę. A druga pani opowiada trzeciej i czwartej jak to psa wzięła, bo przyszedł i stał i stał, więc jeść mu dała, a jak już dała, to nie chciał iść, więc został. Super, fajnie że psiak ma dom, ale czy wszyscy potrzebują usłyszeć, że karmi go chlebem i karmą, i jak wychodziła do banku to do niej podszedł i musiała mu powiedzieć, żeby poszedł, bo ona przecież musi do banku… 
Wizyty w banku przestały bawić kiedy zaszłam w ciążę. To nic, że wielki brzuch, że nogi spuchnięte, że zawroty głowy, że mdłości… swoje wystać musiałam. Przepuszczona zostałam raz, jedyny. I było to w dniu terminu porodu. Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak dopiero wtedy, gdy  na comiesięczne wizyty zaczęła śmigać Dzidziulka. Ba, zdarzało się nawet, że do banku szłam z ponad osiemdziesięcioletnią babcią i kilku miesięcznym bobasem. Babcia z wiadomych przyczyn w kolejce wystać nie dawała rady. Siadała więc obok, a my z Dzidziulką pilnowałyśmy miejsca w kolejce. Bywało, że kręciłam się na środku banku z Dzidziulką na rękach, by ta nie płakała. Z każdym miesiącem Dzidziulka starsza, ale wizyty wcale nie są przyjemniejsze. Choć cudna z niej dziewczynka i raczej każdy z kolejki określiłby ją jako grzeczną dziewczynkę, bo nie krzyczy, nie biega, nie ucieka, nie rzuca się po podłodze. Jednak kolorowo nie jest. Staję na rzęsach, by zapewnić jej atrakcje. Każda wizyta trwa co najmniej godzinę. Dzidziulka siedzi grzecznie i czeka przez jakieś dziesięć minut. Potem trzeba wymyślać zabawy, zapewniać rozrywkę. W banku są kredki. W domu jest to rozrywka na maksymalnie pięć minut. W banku na trochę dłużej, ze względu na stolik i krzesełko, których w domku brak. Jednak stać trzeba blisko, bo choć krzesełko dziecięce, spaść może. Do głowy przychodzą oczywiście jej pomysły, których mama zrealizować nie pozwala. Dzidziulka swe niezadowolenie komunikuje głośno, jak dziecko, piskiem, jękiem, wreszcie płaczem. Więc zagaduję, tłumaczę, zabawiam, rozbawiam. Tańczę, skaczę, cuda na kiju…
Nikomu do głowy nie przyjdzie nawet, by matkę z dzieckiem przepuścić, by skrócić matce te męki. Wszyscy patrzą tylko i obserwują. Jesteśmy darmową rozrywką, umilaczem podczas stania w kolejce. A może myślą, że super się bawimy. Ludzie potrafią nawet nieco wyjść z kolejki, by lepiej nas widzieć. Serio. Czasami skomentują. Jak pani np. “Ooo jak to się ładnie bawi”. Nie odpowiedziałam nic, bo nie chciałam być nie miła. Z placówki bankowej wychodzę mokra. Szczęśliwa, że już po wszystkim i cały miesiąc będzie spokój, ale i wściekła, że wybrałam się tam z dzieckiem. Mogłabym popołudniu, wyskoczyć sama, ale babcia dzwoni już z samego rana, czy aby na pewno nie zapomniałam iść do banku.
I czeka na nas już od rana. 


Dodaj komentarz

One thought on “bankowe umilacze…

  • Anonimowy

    Dokładnie zgadzam się z tym co napisałaś… Współczucia i umilenia ludziom życia nasze społeczeństwo nie posiada wcale a wcale! A jak już zobaczy kobietę w ciąży to nie daj Boże żeby przepuścić szczególnie "miłe" panie w kolejkach do lekarza mi dały się we znaki. Nie dość, że weszła szybciej bo ja byłam na badaniu to potem ma pretensję, że chciałam wejść przed nią bo nie byłam jeszcze na wizycie a ona już drugi raz chce wejść do gabinetu.. A mój nr wcześniejszy/ Ale nic to mi łatwiej było z 10 kg brzuchem poczekać :) Także kolejki i czekanie to najgorsza sprawa jeśli chodzi o życzliwość ludzką. Tym bardziej z Dzidziulką :) Pozdrawiam
    Ewa