Czy powinnaś pytać męża o zdanie? 17


Wpadasz na genialny pomysł. Tak genialny, że duma rozpiera się od środka i Twoja klatka unosi się do góry, a pełna powietrza pierś niemalże ucieka ze stanika. Tryskasz radością, gotowa przenosić góry, a ręce rwą się do pracy, by działać i pomysł wcielać w życie. I wtedy biegniesz pochwalić się swą genialnością drugiej połówce, po cichu licząc, że swym pomysłem zachwycisz równie mocno. Tymczasem miłość Twojego życia, która jeszcze nie dawno przed ołtarzem na dobre i złe obiecywała trwać obok i wspierać, bez odrobiny nawet entuzjazmu, depcze Twój pomysł, a przy okazji i Ciebie. Gruchasz na ziemię z impetem, a podcięte skrzydła bolą jeszcze długo, pomysł zaś utracił swą genialność już w momencie, kiedy wybranek nie uśmiechnął się szeroko, jak Ty. Za pierwszym razem nawet sobie myślisz, że druga połówka uratowała Cię przez porażką. Za drugim razem, szukasz plusów, zaoszczędzonego czasu, który zostałby bezpowrotnie utracony, zaoszczędzonych środków, zarówno ludzkich jak i finansowych,  ale za trzecim zaczynasz się zastanawiać… 

IMG_7116blog

Każdy człowiek, nawet największy geniusz, potrzebuje kogoś, kto poklepie po plecach i powie, że idzie w dobrym kierunku. Bo choć nie wiem jak dobry pomysł wpadnie do głowy, nigdy do końca nie jest się pewnym, czy rzeczywiście jego realizacja przyniesie oczekiwany skutek. Jest to ryzyko, które trzeba jednak podjąć, by… Tu możesz wpisać praktycznie wszystko. By spełnić marzenia, by odnieść sukces, by być szczęśliwym, po prostu. A ponieważ w małżeństwie, każda podjęta decyzja wpływa na całą rodzinę, nawet kiedy serce i rozum jednogłośnie krzyczą, zrób to, skacz, mimo wszystko wstrzymujesz na chwilę oddech i… o zdanie pytasz drugą połówkę. To błąd! Zwłaszcza jeśli ta druga połówka nie ma zielonego pojęcia o czym ty mówisz. I kiedy postanawiasz w wielkim skrócie wprowadzić swego męża, przekazać w pigułce wiedzę na dany temat, okazuje się, że to jeszcze większy błąd! Bo to właśnie szczegóły, maleńkie drobiazgi, które pomijasz, decydują o świetności danego pomysłu. A on i tak nie jest w stanie spojrzeć na świat Twoimi oczami, jeśli ten świat jest dla niego abstrakcją.

Kocham moją drugą połówkę i choć bardzo się od siebie różnimy, raczej wspieramy się w swych pomysłach, a większość decyzji podejmujemy wspólnie. Moje fotograficzne marzenia, podejrzewam w dużej mierze ze względu na podzielanie tej pasji, mąż bez mrugnięcia spełnia, choć czasem budżet krzyczy, by jednak tego nie robić. Blogowanie natomiast… w jego oczach jawiło się jako zachcianka, która zapewne znudzi się po trzech miesiącach. Od samego początku mojej przygody chciałam wykupić własną domenę i hosting, ale… posłuchałam rad męża, który w inwestowaniu widział tylko niepotrzebne wydatki. Najpierw chciałam mu pokazać, że się myli. Doskonale wiedziałam jednak, że kilka moich genialnych pomysłów, najczęściej połączonych z wydatkami, często również niemałymi, nie działa na moją korzyść. Kiedy jednak po roku zobaczył, że blogowanie to pasja, która nie gaśnie, a wręcz przeciwnie, rozwija się z każdym dniem, zrozumiał, że to nie byle zachcianka. Dziś nie tylko poklepuje mnie po ramieniu, ale uczestniczy aktywnie w prowadzeniu bloga. Choć na pierwszy rzut oka nie zdajecie sobie z tego sprawy. Znalazłam chyba najlepszy możliwy sposób, zaraziłam go moją pasją. “A może ja bym coś napisał?” – usłyszałam nawet. Na bloggerze byłam sama. Od a do z wszystko zrobiłam sama, każdą najmniejszą poprawkę w kodzie. Totalnie się na tym wszystkim nie znam, ale wystarczyło mnóstwo chęci i zapału do działania, by się wyedukować, wyszukać, przeczytać i po prostu działać, dochodzić do wszystkiego metodą prób i błędów. I choć dzisiaj wspominam to z uśmiechem na twarzy, te błędy kosztowały mnie wiele nieprzespanych nocy, łez i zaciskania zębów. WordPress jest dla mnie totalną nowością i wszystkiego uczyć muszę się od nowa, ale… mam nieocenioną pomoc. Mąż jest ogromnym wsparciem od strony technicznej. Tak naprawdę nowa odsłona bloga to jego zasługa. Musiał nie tylko się wyedukować, ale i znosić moje niezdecydowanie i marudzenie, wymyślanie coraz to nowych zmian w szablonie, które to niestety wymagały kolejnej porcji wiedzy, kolejnych wieczorów spędzonych w czeluściach internetu. Satysfakcja jednak zbudowania czegoś od samego początku własnymi rękoma jest bezcenna. Najpierw myślałam, ile bym zaoszczędziła sobie czasu i energii, gdybym nie posłuchała jego rad na początku blogowania. Kiedy jednak z perspektywy czasu na to wszystko patrzę, zdaję sobie sprawę, że ta kiepska rada, która na pierwszy rzut oka zmarnowała mi dwa lata, niesamowicie dużo mnie nauczyła. Tak naprawdę rada, udzielona na pewno w dobrej wierze, nie wstrzymała moich marzeń, a jedynie wydłużyła drogę do ich realizacji. Doświadczenie jednak, które zdobyłam pokonując tę drogę, to nie tylko zabawy w html, ale przede wszystkim kształtowanie charakteru. Chyba powinnam mu podziękować, bo dziś wiem, że mogę wszystko, jeśli tylko odważę się po to sięgnąć.

IMG_7137-2blog

Zapytałam blogerki, czy warto pytać męża o zdanie. Jak myślicie, chórem zawołały, by nigdy, przenigdy nie pytać męża o radę?

Nie musiałam szukać daleko. Świetnym przykładem jest Karolina z bloga Żyj Kochaj Twórz. Gdyby posłuchała rady męża, nigdy nie odważyłaby się sięgnąć po swoje marzenia. Tymczasem Karolina przestała pytać o zdanie sercowego wybranka i zaczęła działać, po prostu.

Karolina jak to było? Dlaczego pytałaś o radę męża?

Mąż czy partner zwykle jest nam najbliższy, dlatego staje się pierwszym wyborem, gdy szukamy informacji zwrotnej. Bardzo cenię mojego Marka, jego pomysły i gust. Rozmawiamy na wiele tematów, zaczynając od tych codziennych i trywialnych, kończąc na tych egzystencjonalnych i abstrakcyjnych. Naturalną koleją rzeczy było dla mnie dzielenie się z nim moimi pomysłami i pytanie o radę.

No ale przyszedł moment, kiedy mimo dobrych rad współmałżonka, zaczęłaś działać. Dlaczego? I co na to mąż?

To nie było ostre cięcie. Prowadzenie bloga na blogerze nie kosztowało mnie nic poza czasem i zaczęło się niewinnie. Pierwsze symboliczne zarobki pojawiły się przed inwestycjami i przyszły bez mojego starania się o nie. Mimo wszystko M. nie widział w tym potencjału. Ja jednak namacalnie zaczęłam doświadczać, że ludzie poszukują tego, co mogę im zaoferować i widzą w tym wartość. Gdy powiedziałam mu o projektowaniu logo dla blogerek i małych biznesów stwierdził, że on by za to nie zapłacił. Jak powiedziałam o pomyśle na projekty premade stwierdził, że może za pięć złotych ktoś się skusi. Jego opinie stały w opozycji do moich doświadczeń. Wtedy zrozumiałam, że M. nie jest moją grupą docelową, jego spojrzenie na świat i jego potrzeby to nie potrzeby moich klientek. Gdy doszło do wydatków miałam już twarde dane, z którymi nie sposób było dyskutować. Teraz M. już rozumie, że lepiej znam swoją branżę i ufa moim decyzjom. Nawet nie mrugnął, gdy otwierając firmę powiedziałam, że oprogramowanie do projektowania będzie mnie kosztowało blisko cztery tysiące rocznie.

Dziś masz swoją firmę, rozwijasz się i idziesz w dobrym kierunku. Uwielbiam Twoje prace. Nie wiecie, ale to właśnie Karolina projektowała nasze nowe logo. To była jedyna rzecz, którą uparłam się zlecić profesjonaliście. Powiedz jeszcze, Karolino, skoro nie u męża, to gdzie w takim razie szukać rady? Bo jednak człowiek potrzebuje czasem kopniaka. Potrzebuje poklepania po ramieniu, potwierdzenia, że pomysł jest fajny i warto podjąć ryzyko.

Myślę, że warto zacząć działać i zweryfikować swoje pomysły w praktyce. Nie potrzeba funduszy, aby zacząć pisać, a to może być pierwszy sposób na sprawdzenie pomysłu. Blog poruszający daną tematykę przyciągnie osoby potencjalnie zainteresowane tym, co chcemy robić. To one mogą stać się dla nas punktem odniesienia. Na początku swojej drogi pomagałam wielu kobietom bezpłatnie, nabierałam doświadczenia i poznawałam branżę. Nie nastawiałam się na zysk, ale na relacje i naukę. Nie bałam się pytać je o zdanie. Dla mnie kopniakiem było ich zadowolenie, polecenia i pierwsze wymierne efekty mojej pracy. Aktualnie nie potrzebuje aprobaty M., aby działać i wdrażać swoje pomysły. Nabrałam wiary we własne umiejętności i pewności siebie. Mam swoje know how i chętnie się nim dzielę. Jeśli miałabym podsumować to poradziłabym rozpocząć od określenia bardzo dokładnie swojej grupy docelowej i szukać informacji zwrotnej u innej. W tym miejscu muszę jednak dodać, że czasami trzeba zwyczajnie zaufać sobie. Warto też szukać ludzi, którzy robią to o czym my marzymy i nie unikać podglądania tego, co dzieje się za granicą.

IMG_7065blog

Moja druga bohaterka to Aga, prawdziwa kobieta sukcesu, którą znacie z bloga buuba.pl. Choć całkiem niedawno pisała, jak to ma pecha do motoryzacji i psuje się jej auto, za każdym razem, gdy wyruszy dalej niż do sklepu po bułki, tak naprawdę czego nie dotknie zamienia w złoto. To zdecydowanie przykład dziewczyny, która sięga po swoje marzenia.

Aga powiedz, czy Ty pytasz męża o radę?

hahahahahah, przepraszam za mój wstęp, ale wybuchnęłam śmiechem, tak, że aż oplułam monitor. Nie wiem dlaczego mnie to śmieszy, bo to jest ciężki temat po prostu. Przecież jest wiele małżeństw, gdzie żona chowa nową sukienkę do szafy, metkę pali na stosie, by sukienkę wyciągnąć dopiero po pół roku i powiedzieć, że jest stara. To nie u nas, ale przykład idealny. Jestem tego zdania, że pomimo, że budżet jest wspólny, to każdy z nas jest mistrzem w swej dziedzinie. Mąż mistrzem w informatyce, umysł ścisły, a ja coś całkiem odwrotnego. Jestem szalonym człowiekiem, którego jeśli tylko coś zainteresuje, to drąży temat tak mocno, nawet przez parę lat, aż dochodzi do stanu, który jest zadowalający. I ja – taka żona jedna, twierdzę, że ja mężu jestem odpowiedzialna na to i za to, a Ty jesteś odpowiedzialny za to i za to. I choć są czasem sprzeciwy, to każde z nas ma własne zdanie i szacunek do siebie nawzajem. Jeśli chcę wydać nieprawdopodobną sumę na reklamę na facebooku, i nie wiadomo czy to przyniesie korzyść, to ja tak chcę, to jest moje zdanie i mąż to powinien uszanować. Przystopować powinien mnie dopiero wtedy, gdy stwierdzi, że nie będzie na chleb. Oczywiście to skrajny przypadek, umiem liczyć i nie dopuszczam do takich sytuacji. W małżeństwach gdzie jest wzajemny szacunek, nie ma czegoś takiego jak zabranianie, czy negowanie. Jest dawanie wspólnych rad, ewentualnie przekonywanie męża, ale drogie panie wiedzą jak już się zabrać za przekonywanie…

Stosujesz się do jego rad? Czy podejmujesz ryzyko, działasz, skaczesz, mimo, że Twój mąż stwierdza, że nie warto?

Analizuję, czy przypadkiem nie ma racji, bo przecież słowa to słowa. Słucham, nadal analizuję, pytam przyjaciółek, wypisuję językiem korzyści za i przeciw, analizuję budżet domowy, i w 90% stawiam na swoim. I jak pisałam wcześniej, szanujemy swoje decyzje obopólnie.

Jeśli zaś nie u męża, to gdzie szukać rady? Kogo Ty pytasz o zdanie? Czy masz kogoś zaufanego, kogoś, kto podobnie patrzy na świat? Kto klepie Cię po plecach, albo daje kopniaka w tył, gdy brakuje Ci wiary we własne siły?

Zawsze szukam rady u przyjaciół, ale takich prawdziwych, bo trzeba uważać na przyjaciół, którzy potrafią radzić nam przez pryzmat spojrzenia, że i tak nam się dobrze układa i nie potrzebujemy więcej. Później szukam rady u osób lepszych ode mnie, nawet jeśli to ma być dla mnie nieznana osoba, i mam z wielkim wstydem do niej pisać. Przecież to jest moje życie i chce sobie je jak najlepiej poukładać i nie ma się czego wstydzić. Oczywiście na pierwszym miejscu zawsze najpierw radzę się męża, ale on nie jest osobą obiektywną. On na wszelkie ryzyko patrzy, jakby miało zawalić się domowe ognisko. Dlatego osoba niepostronna będzie najlepsza.

Dużo, baaaaaardzo dużo dają mi książki. Wiem, że to one zawierają w sobie najlepsze rady tego świata. Dzięki nim wiem, że brak wiary we własne siły to po prostu gorsze samopoczucie. A na gorsze samopoczucie najlepszym lekiem jest zdrowa dieta i ćwiczenia (polecam, działanie 100%). Ćwiczenia dadzą Ci więcej energii, a więcej energii to świeży umysł i głowa chętna do działania, świeże pomysły, lepszy humor. Miałam z tysiąc razy takie mini depresje, siłownia wyleczyła mnie z tego. Moje dzieci też, taki Szkrab, który dusi Cię za szyje i szczerzy do Ciebie zęby, to przecież dla niego masz żyć, się uśmiechać i mieć kasę na chleb. Jeśli mi ktoś mówi, że nie ma chęci do życia i nie ma pracy, to mam ochotę chwycić tę osobę i potrząsnąć i wykrzyczeć w twarz: weź się w garść! To nic trudnego, to nic nie kosztuje, codziennie ćwiczenia można zrobić w domu, zamiast białej bułki kupić ciemną, można założyć portal rodzicielski, poprosić znajomych o pomoc w promocji (udostępnianiu). Można dostać dotację z urzędu pracy, pojechać na kurs, rozwijać się. Zostać manicurzystką, fryzjerką, kosmetyczką, przedstawicielem, masażystką, kim tylko chcesz! Nie od razu Rzym zbudowano, ale małymi kroczkami można stworzyć swoje małe imperium, niż wstać rano kolejnego dnia i przeżyć go jak kolejny szary dzień, nie robiąc kroku na przód…

IMG_7130blog

Mam nadzieję, że choć maleńkie ziarenko nadziei udało zasiać się nam w Waszych serduchach. Jak widzicie, druga połówka choć kochać może najmocniej na świecie, nie zawsze będzie pierwszą osobą w kolejce, by klepać po plecach i motywować do pracy. Najczęściej z bardzo prostych powodów, braku wiedzy i strachu przed nieznanym. Tej motywacji trzeba szukać przede wszystkim w sobie. Czasem warto zaufać swej intuicji, temu co podpowiada wewnętrzny głos. Jedno jest pewne, nie można się poddawać, o swoje marzenia trzeba walczyć. Środków do osiągnięcia celu może być wiele. Jeśli jednak odważycie się zrobić ten pierwszy krok, zaryzykujecie, będziecie na dobrej drodze. I nawet jeśli to dopiero początek bardzo długiej drogi, pracą i wytrwałością, zdobędziecie szczyt. Ja w Was wierzę!


Dodaj komentarz

17 thoughts on “Czy powinnaś pytać męża o zdanie?