podróż samolotem z dziećmi? czemu nie! część I


 IMG_3293blog
Kiedy ktoś słyszał, że wybieramy się w podróż do Nowego Jorku z dziećmi, otwierał oczy ze zdziwienia. Mnóstwo razy słyszałam, że musimy być bardzo odważni, bo podróż samolotem, zwłaszcza taka dziewięciogodzinna, z dziećmi to prawdziwa katastrofa. Choć mało kto taką przeżył, często był tylko naocznym świadkiem i sam nigdy się nie odważył.

To o podróż samolotem właśnie byłam najczęściej pytana, zarówno w prywatnych wiadomościach przez czytelników, jak i znajomych, a zresztą i całą rodzinę. Milion razy zasiadałam do tego postu, by zebrać wszystkie myśli i opowiedzieć Wam wreszcie o naszej podróży do Nowego Jorku. Tyle razy odpowiadałam na to pytanie, więc powinno to być takie łatwe, tymczasem z każdym kolejnym pytaniem, odpowiedzieć było trudniej. Skracałam i skracałam, aż w pewnym momencie doszłam do: “przeżyliśmy, nie my pierwsi i nie ostatni, wszak trudno, by zamknąć się w domu tylko dlatego, że ma się dzieci”. Bo w sumie prawda jest taka, że i tak na wakacje z dziećmi, zwłaszcza tymi małymi, gdzieś na drugi koniec świata pojadą tylko Ci odważni. A jeśli ktoś jest na tyle odważny, by wyruszyć tak daleko to i podróż samolotem przeżyje!
Dlaczego więc postanowiłam w ogóle ten wpis stworzyć? By dać kilka rad, a może i Ci mniej odważni stwierdzą, że nie warto ograniczać się… dziećmi. Przecież człowiek w dużej mierze to dla nich wszystko robi, by im, naszym dzieciom właśnie, choć mały kawałek świata pokazać, którego samemu się nie widziało. Nie chciałam tego wpisu pisać od razu, kiedy rządziły emocje, teraz z perspektywy czasu będzie lepiej, obiektywniej, poza tym mamy za sobą już nie jedną a cztery podróże samolotem, więc i doświadczenia więcej, którym można by się podzielić.
IMG_3290blog
IMG_3371blog
Najważniejszą częścią, nad którą należy najwięcej popracować, która stanowi kluczowy element udanego podróżowania z dziećmi w ogóle to NASTAWIENIE!
Zanim przejdę do jakichkolwiek rad na temat organizacji takiej podróży, trzeba powiedzieć o bardzo istotnej rzeczy, a mianowicie o rodzicach. To od nas tak naprawdę zależy, jak cała podróż będzie wyglądać. Od nas i naszego NASTAWIENIA. Od naszego humoru, który w prosty sposób udziela się również maluchom. Być może to zabrzmi banalnie, ale nie warto się stresować. Rzeczy, które nie zależą od nas należy przyjąć spokojnie na klatę, przełknąć i zapamiętać na przyszłość. Błędy i tak już popełnione, możemy jedynie czerpać z nich lekcję, by ich nie powtórzyć. Denerwowanie się nic nam nie da, oprócz tego, że denerwować się będą również nasze pociechy. No i oczywiście uzbroić trzeba się w cierpliwość. Anielską cierpliwość, nawet jeśli na co dzień do aniołów nam daleko. Jeśli zapamiętacie to wszystko to najgorsze macie za sobą. Bo resztę możecie już zaplanować.
My ruszyliśmy uśmiechnięci i radośni, wszak ruszyliśmy na wymarzone wakacje. Kipieliśmy szczęściem, więc i dzieciaki były w cudownych nastrojach. Podróż na lotnisko, a właściwie na parking pod lotnisko upłynęła nam rewelacyjnie, zaś nerwówka złapała nas po raz pierwszy przy odprawie bagażowej. Mieliśmy zarezerwowane wcześniej łóżeczko dla niemowlaka. Okazało się jednak, że zamiast trzech miejsc, jest jedno z łóżeczkiem przy prawym oknie samolotu i dwa oddalone od siebie ze trzy rzędy dalej przy lewym oknie samolotu. Prawie dostaliśmy palpitacji serca, kiedy wyobraziliśmy sobie to dziewięć godzin kursowania, ale stwierdziliśmy, że nie ma sensu martwić się na zapas, bo przecież po wejściu na pokład może jakoś się miejscami zamienimy. I kiedy już przełknęliśmy tę porażkę, ruszyliśmy przez odprawę celną i… tam dopiero przeżyliśmy prawdziwe emocje. Taśma… ludzie, którzy się spieszą, bo każdy chciałby już mieć to za sobą, a my z dwójką dzieci na rękach, bagażami, wózkiem, wyciągamy jedną ręką wszystko na taśmę. Wreszcie słyszę: ‘Proszę wyjąć laptopy, tablety, telefony’, na pytanie męża gdzie laptop odpowiadam pośpiesznie “no w schowku auta” praktycznie nie przerywając czynności, którymi się właśnie zajęłam. Aż wreszcie dociera do mnie, że auto na wakacje z nami nie jedzie, mało tego, że jest co najmniej dwa kilometry od lotniska, a my przecież za godzinę startujemy. Burza w głowie, bo oprócz bloga, miałam terminy, których opuścić nie mogłam, a wszystkie dokumenty niezbędne na laptopie. Szok i niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę. Radosne nastroje trafił szlag. Wreszcie decyzja. Tata bohater ratuje matkę z opresji, ponownie dzwoniąc na parking, łapiąc busa i robiąc rundkę tam i z powrotem po asusa. A ja z dwójką maluchów, wózkiem, czterema podręcznymi torbami zostałam, czekając na mego księcia na białym koniu. Chyba nie muszę pisać, jaką miał minę, kiedy wrócił. Emocje były ogromne, a to był dopiero początek naszej podróży! Dotarliśmy wypompowani na terminal, udało się zdążyć nawet z kwadrans przed wpuszczaniem na pokład, przez chwilę nawet odetchnęliśmy. Pomyślałam wtedy, że gorzej być nie może… Silly me!
 IMG_3372blog
IMG_3309blog
Uratowała nas ORGANIZACJA! Wiedziałam, że podróż trzeba zaplanować. Wiedziałam, że w naszej głowie, długo przed podróżą musi pojawić się milion scenariuszy, tych najgorszych najlepiej, by przemyśleć i zabezpieczyć się na przyszłość. Bo kiedy czarny scenariusz się ziści, będziemy przygotowani, a zatem spokojnie i bez stresu sobie z tym poradzimy, zachowując punkt pierwszy NASTAWIENIE poprawnie odhaczony. O tym natomiast jak my przygotowaliśmy się do tej podróży, o tym, co znalazło się w naszym podręcznym bagażu, o tym co rzeczywiście okazało się hitem, a co zbędnym balastem opowiem Wam za tydzień… Zdradzę Wam tylko, że przez tę podróż, Dzidziulkowy Tata połowę urlopu spędził zamartwiając się powrotem do Polski.
IMG_3403blog
IMG_3364blog
IMG_3424blog

Dodaj komentarz