Dzidziulkowo na okładce magazynu! Gazeta Współczesna – wywiad! 10


IMG_8260blog

W listopadzie dzidziulkowo pojawiło się w Magazynie Gazety Współczesnej, który ukazuje się jako dodatek do piątkowego wydania Gazety Współczesnej. Po raz pierwszy pojawiliśmy się w gazecie, a do tego zajęliśmy okładkę… To dla nas ogromne wyróżnienie. Postanowiliśmy uchylić rąbka tajemnicy tym, którzy nie mieli okazji wziąć gazety w swe ręce i opublikować wywiad.

Bartosz J. Klepacki: Jesteś autorką jednego z najbardziej poczytnych blogów dotyczących życia rodzinnego. Stałaś się wręcz gwiazdą telewizji, bo – jako autorka dzidziulkowa – byłaś zapraszana do telewizji śniadaniowych. Skąd pomysł, by prowadzić bloga?

Ja: Wszystko zaczęło się trzy lata temu, kiedy po raz pierwszy zostałam mamą. Natknęłam się zupełnie przypadkiem na bloga, prowadzonego przez mamę dwójki dzieciaczków. Czytałam posty, śmiałam się i płakałam razem z ich autorką. Pewnego dnia pomyślałam, że fajnie byłoby coś takiego prowadzić. Szybko jednak moje kompleksy wzięły górę. Bo ani polonistka ze mnie, ani fotograf, że o umiejętnościach informatyka nie wspomnę…

Bartosz J. Klepacki: A jednak ten pomysł cały czas gdzieś w głowie dojrzewał?

Ja: Wracał jak bumerang przez długie tygodnie. Tocząc sama ze sobą wewnętrzną walkę, zaczęłam szukać informacji, jak założyć bloga. I któregoś wieczory po prostu to zrobiłam! Poczułam ten impuls, założyłam bloga na bezpłatnej platformie, opublikowałam pierwszy post… Przez jakiś czas nie mówiłam o tym nikomu, nawet mężowi!

Bartosz J. Klepacki: Miałby coś przeciwko temu?

Ja: Obawiałam się, że będzie miał takie same dylematy, jakie i ja miałam: dotyczące prywatności naszej rodziny czy też wykorzystywania wizerunku naszych dzieci. Ja sama przez pierwsze trzy miesiące biłam się z myślami, czy rzeczywiście chcę umieszczać w internecie swoje myśli, zdjęcia itd. Opublikowałam pierwszy post i przez miesiąc wahałam się, czy jednak go nie usunąć. Prowadzenie wirtualnego pamiętnika kojarzyło mi się ze zbuntowaną nastolatką, która przelewa swe cierpienie na wirtualne karki i puszcza w świat. Na szczęście mąż mnie nie wyśmiał, choć początkowo traktował moje blogowanie jako zachciankę i inwestowanie w bloga stanowiło w jego oczach niepotrzebne wydatki. Słuchałam jego rad, a tym samym ciągle tkwiłam na bezpłatnej platformie, aż pewnego dnia jej ograniczenia zaczęły mi mocno doskwierać. Wtedy zaś mąż już wiedział, że blogowanie to pasja, która raczej szybko nie minie, nie miał zatem nic przeciwko rozwijaniu bloga. Dziś bardzo mi pomaga, zwłaszcza od strony technicznej, która wciąż stanowi duże wyzwanie.

Bartosz J. Klepacki: Założyłaś bloga, żeby pokazać światu życie swojej rodziny czy też zarabiać na tym pieniądze?

Ja: Kiedy zostałam mamą, większość dnia spędzałam z malutką córeczką, a moje dialogi z nią ograniczały się do “aguuuu”. Potrzebowałam więc jakiejś odskoczni od tej monotonnej codzienności, potrzebowałam kontaktu ze światem, a sieć wydawała się miejscem idealnym… Pisanie bloga miało wiele celów. Pierwszym było dzielenie się naszym szczęściem ze światem, z rodziną, która choć bliska, fizycznie oddalona była o setki, a nawet tysiące kilometrów. Dzięki blogowi mogli być częścią naszej codzienności, być na bieżąco. Blog miał być również formą wirtualnego pamiętnika, miał i wciąż ma tak naprawdę być skarbnicą maminej wiedzy. Zdaję sobie sprawę, że pewnego dnia może mnie zabraknąć. I choć na co dzień staram się nie patrzeć tak pesymistycznie na świat, to wiem, że życie jest nieprzewidywalne. Chciałam, by moje dzieci miały taką wirtualną księgę dobrych rad, na wypadek, gdyby nie dane mi było towarzyszyć im w dorosłym życiu. Nie będą musiały zastanawiać się, co mama by zrobiła na ich miejscu w danej sytuacji, tylko będą mogły przeczytać o tym na blogu.

Dziś dzidziulkowo do miejsce, do którego miesięcznie zagląda kilka tysięcy ludzi. Są to najczęściej mamy, takie jak ja, które kochają swoje dzieci najbardziej na świecie, ale potrzebują chwili oddechu. I mój blog im ten oddech daje.

Blogowanie jest też oczywiście sposobem na zarabianie pieniędzy. Blogi stają się bowiem coraz bardziej popularną formą reklamowania różnych produktów, więc i coraz więcej firm się do nas zgłasza z propozycjami współpracy. Tutaj bloger musi wykazać się ogromną rozwagą. Nie chciałabym, by moje dzidziulkowo stało się słupem reklamowym, bo nie taki jest cel jego istnienia. Więź, któą budowałam ze swoimi czytenikami jest dla mnie cenna i bardzo ją szanuję. Owszem, współpracowaliśmy z wieloma fajnymi markami, ale tylko dlatego, że byłam do ich produktów w pełni przekonana.Towarzyszyły mi na co dzień, lubiłam ich jakość, dlatego z chęcią poleciłam je na swym blogu. Nie będę zaprzeczać, prędzej czy później pojawia się chęć zarobku, bo kiedy okazuje się, że robienie tego, co sprawia radość i daje mnóstwo satysfakcji, może stać się również źródłem przychodu, trudno przejść obojętnie.

Bartosz J. Klepacki: Zamieszczasz więc zdjęcia swoich dzieci w butach czy ubraniach konkretnego producenta i je polecasz. Piszesz też o różnych zdarzeniach z waszego rodzinnego życia. Czy jest coś, czego nigdy nie zamieścisz na swoim blogu?

Nie wyobrażam sobie na przykłąd postu, który miałby skrzywdzić bądź ośmieszyć moją rodzinę, bliższą czy dalsz. Blog to nie miejsce na prywatne spory i niesnaski. Choć inspiracją wpisów jest nasze życie, nie trzeba od razu wyjawiać wszystkich sekretów. Zresztą ten dreszczyk emocji, tajemniczość jest równie ciekawy i wydaje mi się, że czytelnik dzięki temu wciąż powraca po więcej. Poza tym, zawsze pięć razy się zastanowię, zanim coś napiszę, bo nigdy do końca nie wiem, kto to przeczyta…

Dzidziulkowo to nasze życie, ale to tylko ułamek tego, co dzieje się w naszym domu. Miesięcznie ukazuje się średnio dziesięć postów, ale nawet 1/3 naszego życia nie trafia do sieci. Staramy się z rozwagą planować nowe posty. Nie publikujemy nic, czego moglibyśmy się wstydzić i czego wstydzić mogłyby się nasze dzieci.

Bartosz J. Klepacki: A zdjęcia dzieci? Nie masz żadnych obaw związanych z ich zamieszczaniem? Zamierzasz w przyszłości pytać córkę i syna o zgodę na to?

Ja: Mam. Oczywiście, że mam. Co więcej, nie wiem czy pewnego dnia nie wstanę i stwierdzę, że to ja nie chcę, by moje dzieci pojawiały się w sieci. Te obawy są nieodzowną częścią blogowania, bez nich właściwie nie docenialibyśmy i pozytywnych stron. Na co dzień mimo wszystko staram się skupić na tych dobrych doświadczeniach, które przeżyliśmy właśnie dzięki prowadzeniu bloga. W każdym razie absolutnie nie wykluczam zamknięcia bloga, zresztą prędzej czy później to pewnie nastąpi. Chociaż może okazać się, że córka odziedziczyła zapędy pisarskie po mamie i przejmie pałeczkę, a wówczas dzidziulkowo stanie się pokoleniowym wirtualnym zbiorem tekstów. To dopiero byłaby skarbnica wiedzy!

Bartosz J. Klepacki: Piszesz prawie codziennie. Uzależniłaś się od blogowania?

Ja: Blogowanie szybko stało się częścią mnie. Dzisiaj bez tego trudno mi sobie wyobrazić życie. I choć może wydawać się to nieco egoistyczne, to trochę taka inwestycja w siebie, bo prowadzenie bloga to wielka lekcja dla mnie. Dzięki niemu wciąż uczę się i rozwijam. Choć nie jestem aktywna zawodowo, nie chodzę codziennie do normalnej pracy, to nie stoję w miejscu. Podejmuję nowe wyzwania, poznaję nowych ludzi, łapię życie garściami.

Bartosz J. Klepacki: Skąd pomysł na nazwę bloga – dzidziulkowo?

Ja: Nasza córka, kiedy jeszcze była w moim brzuchu, bardzo długo ukrywała swą płeć. Przez siedem miesięcy, przy każdej wizycie na usg krzyżowała nóżki. Gdzieś głęboko pod skórą wiedziałam, że to będzie córeczka, często nazywając ją właśnie dzidziulką. Dopiero w ósmym miesiącu doktor potwierdził na sto procent, że pod sercem noszę dziewczynkę, ale i tak nie mieliśmy wybranego imienia, więc praktycznie do końce ciąży nazywaliśmy ja dzidziulką. Stąd pojawił się ten wyraz jako nazwa bloga.

Bartosz J. Klepacki: I nazwa okazała się trafiona?

Ja: Duma rozpierała mnie od środka, kiedy wymyśliłam tę nazwę, a kiedy okazało się, że jest dostępna w sieci i mogę tak nazwać bloga, prawie skakałam pod sufit. Kiedy zaś dołączyłam do blogowego światka i okazało się, że w sieci aż roi się od blogów z końcówką -owo, byłam zdruzgotana. Brałam nawet pod uwagę zmianę nazwy, jednak z sentymentu do mojej dzidziulki nie potrafiłam tego uczynić.

***

Mam nadzieję, że poznałeś mnie dzięki temu trochę lepiej. Jest mi bardzo miło, że tu zaglądasz, a będzie mi jeszcze milej, jeśli zostawisz komentarz, może napiszesz coś o sobie, dzięki czemu ja bliżej poznam Ciebie?


Dodaj komentarz

10 thoughts on “Dzidziulkowo na okładce magazynu! Gazeta Współczesna – wywiad!