Roś… Dzidziulka nad jeziorem! 2


Cudowny dzień!

Mimo, że termometr wskazywał 37 stopni Celsjusza, a Dzidziulka ciężko znosi upały.
Nie wiem czemu dopiero teraz wpadliśmy na pomysł, by spędzić dzień nad wodą. Tzn. w sumie wiem. Cały tydzień smaży, a w weekend, kiedy Tatuś Dzidziulki jest w domu to akurat pada deszcz, albo inne zaplanowane atrakcje mamy. I z różnych stron słyszę, jak to tak się nie boję z małą Dzidziulką na słońce…
Otóż boję się. Ale spędzić dzień, a przynajmniej większość dnia, gdy słońce smali niesamowicie, w domu też lekko nie jest. Rolety odsłaniane są tylko w odpowiednich godzinach, by nie wpuszczać do mieszkania słońca. Wiatrak chodzi praktycznie 24/7. Nawet gdy czasami na noc wyłączamy, rano pierwszą czynnością Dzidziulki, gdy wchodzi do salonu jest zakomunikowanie Dzidziulkowym kodem, żeby włączyć wiatrak…

Korzystając z faktu, że Tatuś wreszcie ma urlop ojcowski, wybraliśmy się do Pisza, nad jezioro Roś.
Wydawało nam się, że przygotowani jesteśmy doskonale. I w sumie byliśmy, ale życie nie byłoby życiem, gdyby jakiś utrudnień nie dało od siebie. Ot tak, gratissss…
I tak chociażby plażowy namiot okazał się uszkodzony, choć nie był używany ani razu. Bo rozkładając go w domu, mimo instrukcji nie chciał się złożyć. Wspólnymi siłami z Tatą Dzidziulki udało się wreszcie i nawet byliśmy z siebie dumni. Taaak, na próżno. Bo gdy owy namiot chcieliśmy ponownie rozłożyć, okazało się, że wszystkie druty w nim zawarte są połamane…  (także Olu Kochana, nie kupujcie! Nie polecam). Biedronkowowe badziewie, dobrze, że przecenione, więc tylko osiemnaście złotych zmarnowane. Tatuś, nasz bohater, mimo złamanych wszystkich drutów jakiś namiot z niego zrobił, ale używaliśmy go w końcu tylko do trzymania naszych plażowych manatków. A tych wcale mało nie było. Ponadto jedzonko było dobrze schowane w cieniu, więc wyszło nieźle. Po imprezie zaś namiot wylądował w plażowym koszu na śmieci. Zostało po nim tylko kilka śledzi i pokrowiec…
Oprócz namiotu dla naszej Dzidziulki wzięliśmy parasol i całe szczęście udało się go gdzieś tam wbić. Btw. nawet zostaliśmy zaatakowani takim parasolem, bo sąsiadom plażowym zwiało… prosto na nas. Dobrze, że Dzidziulki wtedy na kocu nie było.
Mimo tych i innych dodatkowych ‘atrakcji’, spędziliśmy mega fajne rodzinne chwile. Dzidziulka szczęśliwa. Ziajka z filtrem 50 zrobiła swoje, więc nawet się Dzidziulka nie opaliła. Rodzice zaś zjarali plecki, oboje równo, na raczka. Także będziemy się wzajemnie smarować :p

Do tej pory Dzidziula nasza piasek podziwiała z daleka. Owszem, pokazywała kilka razy, że chce się pobawić, ale gdy tylko próbowaliśmy ją sadzać, podnosiła nóżki wysoko, głośno protestując. Uszczęśliwiać na siłę nie chcieliśmy…
No ale wzięliśmy cały ekwipunek plażowej Dzidziulki, a więc przybory do piachu, piłkę plażową i kilka zabawek kąpielowych, z nadzieją, że jednak bawić się zechce. Wzięliśmy nawet basen, ale tylko daremnie Tatuś dmuchał, bo Dzidziulka świetnie sobie radziła w jeziorze.
Powiem Wam nawet, że zadziwiła nas totalnie, bo wygląda na to, że umie pływać! Ja wiem, że malusie dzieci niby umieją i w ogóle, ale Dzidziulka nigdy kontaktu z taką wodą nie miała, więc myślałam, że nawet jeśli niemowlęta umieją, to Dzidziulka, jako, że już prawie roczniak, to na pewno zapomniała. Musimy koniecznie zabrać ją na basen i sprawdzić, jak sobie będzie radzić. W weekend ma padać, więc akurat basen jak znalazł. Nie chcieliśmy jej główki moczyć w jeziorze, bo woda nie była zbyt gorąca, a może po prostu była za duża różnica temperatur. W każdym razie wybawiła się Dzidziulka jak nigdy. I spacerowała sobie brzegiem jeziora i babki z piasku z Tatusiem robiła. W piłkę plażową w wodzie całą rodzinką graliśmy i Dzidziulkową radość słyszała cała plaża. 
I kąpała się i w piasku super się bawiła i  raczkowała sobie po plaży, zaczepiając plażujące dzieciaki. I nawet książeczki czytała, jak na plażowiczkę przystało. No dzień cudowny. Żałuję tylko, że nie udało mi się zrobić zdjęć, by pokazać Wam, jak fajnie jest na tej plaży. Bo i łazienki z prysznicami są. Ha! Nawet pralki i suszarki, jak by ktoś potrzebował. I plac zabaw dla dzieci.
Ale czas tak szybko zleciał.
Zmęczenie po kilku godzinach intensywnych zabaw dało się Dzidziulce we znaki i musieliśmy szybko pakować się, by popołudniowa drzemka nie wypadła za późno. Wróciliśmy do domu, wyszliśmy z klimatyzowanego auta i mało się nie rozpuściliśmy. Nad wodą nie było czuć tego żaru z nieba. I wiatr był duży, przez co Dzidziulka musiała cały czas chodzić w wiązanej chustce, w której wygląda jak babuleńka. 
Przy najbliższej okazji, tzn. gdy tylko pogoda dopisze, znów popędzimy nad jezioro Roś i wtedy wszystko Wam pokażemy, a na razie musicie nam wierzyć na słowo… 

spodenki – oshkosh
bluzka, czapka – smyk
ps. rzadko kupuję w smyku, bo cena nie odpowiada jakości, ale z tej czapy i bluzeczki jestem zadowolona.
Plażowa Dzidziulka:
okulary – h&m
chustka – reserved
stroje kąpielowe – next, disney

Dodaj komentarz

2 komentarzy do “Roś… Dzidziulka nad jeziorem!