the tenth december… 1


Pisałam jakiś czas temu, że czekamy na wyjątkowego gościa…
No i tak odległy, 10 grudzień, wymarzony, wyczekiwany nastąpił.
Kiedy mówiliśmy, że na lotnisko ruszamy z Dzidziulką, wszyscy patrzyli z niedowierzaniem. My natomiast nie wyobrażaliśmy sobie inaczej. Nasza Dzidziulka od zawsze z nami wszędzie podróżuje i jazdę samochodem lubi bardzo…
Tym razem Dzidziulka nas zaskoczyła. Po trzydziestu minutach jazdy mieliśmy wyciągnięte wszystkie asy z rękawa, a Dzidziulka znudzona atrakcjami przez nas przygotowanymi koniecznie z fotelika chciała wyjść. Mama zatem stawała na rzęsach, uszach i czym tylko, by przez kolejne dwie godziny dzieciątko jednak w foteliku siedziało… Lekko nie było. Droga powrotna zaś była krótsza, a z racji tego, że wybiła godzina drzemki, Dzidziulka całą podróż przespała. 
10 grudzień był dniem pełnym wrażeń, zdecydowanie. 
Szybko zapomnieliśmy o długich stu pięćdziesięciu minutach niekomfortowej jazdy z marudzącą Dzidziulką. Zaś wieczorem zaskoczyła nas córcia po raz drugi. Zasnęła sama, w swoim łóżeczku. Bez płaczu, bez jęków, bez marudzenia… Tak po prostu, normalnie, jak jeszcze do niedawna było zawsze. Co więcej przespała całą noc! Zaś Mama ‘nienormalna’ budziła się od godziny czwartej, średnio co 20 minut, niedowierzając tej jakże normalnej sytuacji  i nasłuchiwała, czy Dzidziulka na pewno sobie smacznie śpi. 
O piątej trzydzieści jednak Dzidziulka zawołała Mamę i jeszcze dobrą godzinę spała z rodzicami. Jednak piąta trzydzieści to nie noc, to już ranek i tylko trzydzieści minut przed budzikiem Taty…
No i najważniejsze… mamy Babcię Dzidziulki!
Chyba już nie oddamy :p

Dodaj komentarz

One thought on “the tenth december…