today… 3


Cały weekend Tatuś Dzidziulki się kurował, bo dopadło go przeziębienie. Mama Dzidziulki walczy z katarem już kilka dni. Według zasłyszanej gdzieś zasady katar leczony trwa siedem dni, zaś nie leczony trwa tydzień. Sprawdzam wobec tego opcję numer dwa. 
Weekend mało aktywny i narzekający Tatuś, jaka to jesień zła i niedobra sprawił, że lenistwo dopadło i mnie. Złościło mnie to bardzo, że wszystko odkładam na później i nic mi się nie chce. A zatem, by przerwać to rozleniwienie postanowiłam działać. Aktywność jest przecież najlepszym lekarstwem. Żółwim tempem, ale jednak, robiłam cokolwiek, byleby być czymś zajęta. Zadziałało.
Dzisiaj wstałam z power’em i idealnym planem w mojej głowie na cały dzień.
Plan ten jednak został totalnie zignorowany przez pogodę. 
Choć było trochę mokro, temperatura wydawała się całkiem ok, więc postanowiłam pojechać z Dzidziulką w pewne miejsce. Pomyślałam nawet, że nie jest jakoś specjalnie pochmurno, więc chodniki wyschną. Taaak. 
Po pysznym śniadanku wyruszyłyśmy na herbatkę do Prababci Dzidziulki. W drodze powrotnej miałyśmy zajechać na zdjęcia. 
I klops… 
Rozpadało się. Nici ze spacerowania. 
Jadąc zatem do domku, przejeżdżając obok second handu, zobaczyłam masę samochodów na parkingu. 
Z Dzidziulką nie lubię chodzić w takie miejsca, bo ludzie zachowują się tam jak wynaturzone dzikie bestie. Ale pomyślałam, że zajdę na chwilę, rzucę jednym okiem i najwyżej wyjdę z niczym. 
Z Dzidziulką na rękach udało mi się jednak upolować kilka fajnych szmatek.
 Zapłaciłam niecałe 32 złote.
Zły humor znikł. 
Niech sobie pada.
 Dzidziulka się wyśpi, Mama poprasuje sterty ubranek Dzidziulki, a popołudniu padać przestanie i ruszymy na spacer i zdjęcia. 
Grunt to pozytywne nastawienie.


Dodaj komentarz

3 thoughts on “today…