Kiedy dziecko choruje… 10


Te chwile grozy na szczęście już za nami. Zrobione nawet wszelakie badania kontrolne, więc i tygodnie stania w kolejkach minęły, a antybiotyk
wyrzucony do kosza. Swoją drogą, ten mały, zdaje nic nie znaczący gest,
wyciągnięcia ręki w stronę fioletowego, foliowego worka, pachnącego lawendą,
przyniósł tak ogromną ulgę. Przeżyłam, teraz będę silniejsza. Choć okazuje się,
że morze łez wylane wtedy, w sierpniu, na oddziale noworodkowym, wcale nie było takie bezsensowne…

Ostatnie tygodnie przyniosły nam szczęście. Ale nie
potrafiliśmy się nim cieszyć. Bo paraliżował nas strach o zdrowie dzieci.
Strach o życie, które przecież dopiero dostali, nie zdążyli nawet go dobrze
poznać. Początek wydarzeń przypominał scenariusz, który nie raz
słyszeliśmy w telewizji. Nie raz podawane w wiadomościach tragedie, których
można by uniknąć, gdyby służba zdrowia odpowiednio zareagowała. Bałam się
strasznie, trzymając tyci rączkę, rozpaloną, gorącą jak żarzący się węgiel,
spoglądając co chwila na zegarek, czekając aż działanie leków przeciwgorączkowych
przyniesie oczekiwany rezultat…
Wszystko zaczęło się w czwartek. Kiedy po walce z intuicją
postanowiłam, nie słuchając wewnętrznego głosu, ruszyć uszczęśliwić moje dziecko. Niestety
nieświadoma, ruszyłam z dziećmi w miejsce pełne… dzieci. Różnych dzieci, z
różnych środowisk. W tym również dzieci, które mimo ciągania nosem i
pojawiającego się od czasu do czasu kaszlu wyganiane są z domu, bo przecież
rodzice muszą pracować. Na rezultaty nie czekaliśmy długo. Późnym popołudniem
Dzidziulka zakaszlała. Raz, ale wyjątkowo groźnie. Nigdy nie kaszlała, nigdy
nie chorowała, nie licząc jednego poważniejszego kataru. W środku nocy zaś
obudził nas niesamowity płacz. Gdy zobaczyłam Dzidziulkę, przeraziłam się.
Kaszel był straszny, jej oddech był straszny i 
zobaczyłam wówczas co to znaczy ‘fluki po pas’. Zapłakana, nie wiedząc co się z nią
dzieje, dlaczego nie może oddychać, z
wysoką gorączką, do rana tuliła się w naszych ramionach… W głowie miałam tylko jedną
myśl, że to zapalenie płuc i jak my poradzimy sobie, jeśli położą nas do
szpitala. Próbowałam odganiać tę myśl, ale ona do rana wracała niczym bumerang.
Kiedy jednak przyszedł dzień objawy ustąpiły. Pozostał jakiś
tam katar, katarzysko właściwie i od czasu do czasu kaszel, który wcale nie brzmiał groźnie. Wtedy zaczęła się
nasza własna… tragedia. Dostanie się do lekarza rodzinnego, lekarza, który
powinien być lekarzem pierwszego kontaktu, przed weekendem jest praktycznie
niemożliwe. Nie można się umówić na wizytę, bo nie ma miejsc, ale można przyjść
popołudniu i czekać. No to poszłam z Dzidziulką czekać. Przekroczyłam próg i
gdy zobaczyłam te dziesiątki oczu spoglądających na mnie, gromadkę dzieci,
wiedziałam, że nie będzie dobrze. Panie od razu poinformowały mnie, że nie ma
szans byśmy dzisiaj dostały się do doktora, praktycznie wyganiając mnie do
domu. Dzidziulka mówiła, że jest chora, że musi do doktora, żeby ją zbadał, a
ja musiałam jej powiedzieć, że doktor nie może jej dzisiaj zbadać, że musimy
wracać do domu. Panie doradziły inhalacje z 3 % soli fizjologicznej, która jest
na receptę, a której w domu nie mieliśmy, bo roztwór należy wyrzucić miesiąc po
sporządzeniu. Ostatecznie poradziły wybranie się na pogotowie. No właśnie. To
miejsce budziło chyba największe przerażenie. W głowie miałam obraz, powstały w
oparciu opowieści znajomych i ich własne małe i większe tragedie. Wiedziałam,
że gdy udamy się tam, to oprócz walki z nieuprzejmością, bez względu na stan
zdrowia dostaniemy antybiotyki. A tu strach jeszcze większy. Dzidziulka w swoim
życiu nie dostała nigdy antybiotyku, szczęśliwie udało nam się je omijać. Do
tego dochodziło odpowiednie dobranie antybiotyku. Z tyłu głowy wciąż miałam
tragedię, która tylko kilka miesięcy temu dotknęła ‘znajomych’ znajomych.
Niespełna trzyletnie serduszko nie wytrzymało. Źle postawiona diagnoza,
lekceważące traktowanie martwiących się rodziców i zbyt późne podjęcie właściwego leczenia
kosztowało to maleńkie dziecko życie. A było wtedy tylko pół roku starsze od
mej Dzidziulki.

Wyszłyśmy z poradni rodzinnej. Obraz rozmazał się, światło
latarni utworzyło piękny bokeh, a w tym samym czasie ogromne poczucie
niesprawiedliwości tego świata, przeplatane bezradnością uderzyło tak mocno, że
ugięły się kolana. Wdech, wydech, wdech, wydech. Łapię to mroźne powietrze, bo łzy same cisnęły się do oczu, jednocześnie tworząc w gardle ogromną gulę. Dzidziulka dopytuje się
zdezorientowana dlaczego do lekarza nie idziemy. Tłumaczy, że przecież kaszle,
ma katar, jest chora… Jej słowa nie pomagają ani trochę. Kilka minut i jesteśmy
pod domem. Zachodzimy do apteki. Tam trafiamy na panią, posiadającą nieco
więcej człowieczeństwa niż panie w przychodni. Doradza, kupujemy nawet 3% sól
fizjologiczną, którą już można dostać bez recepty. W domu dalej toczymy walkę o
zdrowie. Za dnia wydaje się, że nawet dobrze nam idzie. Że Dzidziulka ma dobry
humor, bawi się. Kiedy nadchodzi zmrok wszystko staje się mroczniejsze. Objawy
nasilają się, a lekarstwa przestają działać. Dołącza do Dzidziulki młodszy
brat. I ta cholerna gorączka, której nie możemy zbić. Ustalamy granicę,
przekroczy 39 i jedziemy na pogotowie. Siedzę w półmroku, trzymam rozżarzoną
Dzidziulkową rączkę, przystawiając co chwila do siebie, by pił jak najwięcej.  Nasłuchuję, co dzieje się w pokoju obok, w którym śpi Dzidziulka, a nad którą czuwa Tata. Do sypialni wchodzi on… Jedno spojrzenie i już wiem, że jest źle. Bardzo źle. Ubieramy się i całą rodziną w środku nocy ruszamy na przejażdżkę. Pogotowie okazało się jednak nie takie straszne. Dzidziulka oczywiście dostaje antybiotyk i wychodzimy z kolejną masą leków, ale oboje osłuchani – ‘czyści’, więc kamień spada z serca. Jak się jednak okazuje, tylko po to, by potłuc nam nogi. Zalecona przez pediatrę z pogotowia wizyta kontrolna w poradni rodzinnej, była najgorszą w życiu. Ruszyłam z mą dwójką chorych bąblów, sama przeciwko światu. Uparta jak osioł, nie dając pani w przychodni wyboru, udaje się zapisać na wtorek. Mimo umówionej wizyty, czekamy godzinę, bo przecież czas umówiony jest jedynie orientacyjny i praktycznie nigdy nie wchodzi się tak jak się zostało umówionym. Wychodzi pacjentka, podnoszę się, przekonana, że teraz nasza kolej, skoro pozostali pacjenci zjawili się po nas. Okazuje się wówczas, że jesteśmy ‘dopisanymi’, a więc bez kolejki i musimy przepuścić kilku zapisanych pacjentów. Starszy, schorowany Pan, okazał więcej współczucia, niż pracownicy poradni. Zagaduje Dzidziulkę, by czas szybciej płynął. Obiecuje nam, że już wejdziemy, że on nas przepuści. Mija jakieś trzydzieści minut. Dzieci chore, więc po tak długim oczekiwaniu na swoją kolej, tracą cierpliwość. Stają się głodne, śpiące, marudne, płaczące. Wcale, ale to wcale im się nie dziwię. W gabinecie zaś słyszę słowa, których bałam się usłyszeć od samego początku. Diagnoza – zapalenie płuc. Doktor nawet śmiał mi zwrócić uwagę, że nie przychodzi się z dwójką chorych dzieci jednocześnie. Mało tego, wyprasza mnie na chwilę z gabinetu, bo ciężko mu się skupić przy dwójce płaczących, jęczących dzieciaczków, wklepując naszą historię do swego komputera. Wyszłam ze łzami w oczach. Jego spojrzenie, ton głosu, jakbym wyrodną matką była, z patologii. A ja od tylu dni walczę ze służbą zdrowia. Od tylu dni walczę o zdrowie moich maluchów. Od tylu dni nie zmrużyłam oka, czuwając dzień i noc…

Nasza osobista ‘tragedia’ skończyła się happy endem. Choć trwała długie tygodnie, bo po leczeniu zapalenia płuc, walczyliśmy z następstwami podawania antybiotyków. Obyło się bez leczenia szpitalnego i całe szczęście, bo nie wiem jak byśmy sobie poradzili. Dziś Dzidziulki są zdrowe, na szczęście. Dziś bez wahania oddałabym wszystko, by nigdy, przenigdy w życiu nie przechodzić przez to ponownie… By nigdy życie moich dzieci nie było zależne od służby zdrowia. Bo jak widać, w państwie, w którym przyszło nam żyć, jeszcze wiele do zrobienia.


Dodaj komentarz

10 komentarzy do “Kiedy dziecko choruje…

  • Anonimowy

    Kochana współczuję, zmień przychodnie i lekarza obowiązkowo. U nas dzieciaki chore są przyjmowane w tym samym dniu i max 10 minut poślizgu. Rany co to za przychodnia??? Jak Kasia miała szkarlatynę ostatnio nie było jej lekarki, natychmiast przyjęła nas inna i to z marszu, bez czekania. Kurcze, nawet w moim POZ dostaję się bez problemu. Byłam ostatnio dwa razy i było ok. Macie inną przychodnię do wyboru? tak nie może być, a swoją drogą pisz skargę. O dziwo wcale nie są wyrzucane do kosza. Całusy dla Was i dzieciaków !!!
    mama Kaśki

    • dzidziulkowo

      aj, po tej wizycie byłam pewna, że zmieniałam przychodnię! teraz już sama nie wiem. Muszę się rozejrzeć, bo o dobrego lekarza rodzinnego ciężko. A do tego dobrego, jak widać kolejki takie, że szok.

  • Kamila K

    Łza mi się o oku zakręciła bo dokladnie miesiać temu ja z moja 22miesiaczna coreczka wrocilam do domu po tygodniowym pobycie w szpitalu, rowniez miala zapalenie pluc, a ten strach o zdrowie dzieci jest porażający. Zyczymy aby nigdy wiecej zadne chorobsko się wam nie przyplatalo! Pozdrawiam!

  • Anonimowy

    Koniecznie zmien lekarza I proponuje napisac skarge do Rzecznika Praw Pacjenta to jest kary godne, lekarz pierwszego kontaktu powinien byc zawsze jak jest taka potrzeba. Ja naleze do przychodni "Famedyk" na Sybirakow, pani doktor Marzena Wieckowska jest wspaniala moja Lila ja uwielbia, ma specjalizacje internistyczna ale dla dzieci jest bardzo dokladna nigdy nie czekam umawiani sa pacjenci na nastepny dzien ale jak dzwonie I mowie ze z dzieckiem jest cos teraz zle I ze sie boje to nigdy mi nie domowili wizyty tego samego dnia. Dzieci niestety choruja, pojda do przedszkola to moze byc jeszcze gorzej, niestety rodzice przyprowadzaja czesto dzieci chore, ale malutkie organizmy sa bardzo silne I moga wiecej zniesc niz dorosli I na pocieszenie moge powiedziec ze nabiora odpornosci I potem juz bedzie lepiej, aTy musisz byc dzielna w takich sytuacjach, w okresie od jesieni do zimy mozesz podawac tran najlepiej z firmy Mollers bo ma odpowiednia dawke wit D (musialam jezdzic z Lila do poradni immunologii w Miedzylesiu I pani dr mi powiedziala ze tylko ten jest optymalny, a zadnych wiecej suplementow kazala nie podawac). Ula

  • Anonimowy

    Czasami mi się zdaje, że lekarze rodzinni mają taką znieczulice, że lepiej od razu jechać na SOR …. Niestety ze zdrowiem dzieci bywa bardzo różnie i sama swoje przeżywałam. Raz tak Żaneta się rozchorowała, że nie mogłam jej opóścić i zamawiałam witaminy w aptekadziecka.pl i nawet inne rzeczy tylko przez internet. Rozumiem twój strach i stres który przeżywałaś.
    Pozdrawiam gorąco – Marta