być mamą w teorii i praktyce… 5


IMG_6205blog

Moja droga do bycia mamą nie była prosta. Kiedy zaś wyczekiwane marzenie się spełniło, a w mych ramionach tuliłam tyci Dzidziulkę, szybko okazało się, że bycie mamą w teorii często mija się z tym, co przynosi życie.

Właściwie, moja wizja bycia mamą powinna pęknąć jak bańka mydlana, już podczas oczekiwania na cud narodzin. Mój stan błogosławiony, nie miał z ‘błogosławienstwem’ nic wspólnego, zaś skazana na wszelkie książkowe dolegliwości, cierpiałam nie książkowo, kilka tygodni, ale praktycznie połowę ciąży i w dodatku 24/7.
Mimo wszystko, po trudach oczekiwania, w głowie wciąż miałam wizję cudownego macierzyństwa, o którym słyszałam, o którym czytałam, który widziałam w reklamach, i wreszcie którego naoglądałam się na filmach. Pierwsze chwile były… cudne. Jeszcze piękniejsze, niż mogłam to sobie wyobrazić. To wygrzane ciałko, wcale nie takie malutkie, a jednocześnie takie tyci, położone na moim brzuchu. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. że ona była we mnie przez cały czas. W szkole rodzenia położna jak mantrę powtarzała, że poród boli, cholernie boli i przygotować się trzeba na dziesięć godzin cholernego bólu, a dziecko, które się urodzi będzie brzydkie i pomarszczone, zupełnie nie przypominające noworodków z czasopism. Bzdura, pomyślałam sobie, kiedy po raz pierwszy ujrzałam Julię! Ona była piękna. Po prostu Doskonała. Może tyci opuchnięta, wszak pokonała długą drogę i przez 12 godzin próbowała się wydostać na świat. Przytulałam ją i ciągle całowałam, nie mogąc się nacieszyć, że mam ją w swych ramionach. Taką cudowną, no idealną…

IMG_6487blog

Przez pierwsze dni, które spędziłyśmy w szpitalu wszystko było łatwe, zaś przysłowiowe schody pojawiły się dopiero po opuszczeniu szpitalnych murów. Okazało się wówczas, że wizja wciąż śpiącego noworodka, który przez pierwsze co najmniej 6 tygodni tylko i wyłącznie śpi, budząc się co raz, by uśmiechnąć się do swej rodzicielki, zjeść i zmienić pieluchę, a następnie powrócić w ramiona morfeusza, mija się z prawdą zupełnie. Może i rzeczywiście dzieciątko uśmiechnęło się do matki, ale wtedy, gdy akurat zrobiło ogromną kupę, w świeżo zmienionego pampersiaka. Zaś wspomniana kupa, która wg teorii miała nie śmierdzieć, a może i miała śmierdzieć, ale miała podobno rodzicielce nie przeszkadzać, powodowała nawet i odruch wymiotny. Dzieciątko zaś zamiast spać, potrzebowało nieustannie maminych rąk, uziemiając mamę na większość doby, wisząc przy piersi, jak na ssaka przystało. A potem było tylko… gorzej. Bo dzieciątko płakało całymi dniami, nocami, robiąc sobie jedynie krótkie przerwy na sen.

IMG_6300blogSzybko przekonałam się, że teoria, jak to noworodek przesypia większość doby to bajka, opowiadana przez matki, którym trafiło się wyjątkowe dziecko, niczym ślepej kurze ziarno. Podobnie zresztą jak po ciążowe kilogramy, które nie uciekają same, bo dziecko nie wyciąga tłuszczyku, kiedy przystawiamy je do piersi. Szybko zrozumiałam, że moja wizja z dzieciństwa również mija się z prawdą. Choćbym nie wiem jak bardzo starała się być przyjaciółką, powierniczką i kompanem zabaw, nigdy nie będę tą mamą, która na wszystko pozwala, która na każdy szalony pomysł reaguje uśmiechem i ochoczo poklepuje po plecach. Z jednego, prostego powodu – ze strachu o dziecko, które przez dziewięć miesięcy nosiłam pod sercem i które pochłania kawał mojego życia, zanim stanie się dorosłe i pójdzie w niebezpieczny świat. Troska, która trwać będzie tak naprawdę do końca życia, nie pozwoli nigdy przenigdy stać się osobą, o której marzyłam będąc nastolatką.

IMG_6231blog

Wydaje mi się, że być mamą w teorii jest prosto, bo nie ma uczuć. Nawet jeśli są jakieś emocje, są to wyłącznie pozytywne odczucia, które często kreują reklamy. Łatwo wyobrazić sobie miłość, szczęście, radość. Raczej nikt nie wyobraża sobie zmęczenia, frustracji, czy złości. W praktyce zaś okazuje się, że oprócz tych uhów i achów, pojawiają się i te czarne myśli. Zderzenie z rzeczywistością może być bardzo bolesne, a skutki opłakane. Dlatego uważam, że należy głośno mówić i o tych gorszych stronach macierzyństwa. Przede wszystkim przyznać się, często również przed sobą samym, do tego co czujemy i nie bać się prosić o pomoc, kiedy jej potrzebujemy. Nie raz przekonałam się, że tylko to, o co musieliśmy walczyć i co nie przyszło z łatwością, jest dla nas coś warte. Dziecko, jego uśmiech, jego miłość, jego zaufanie, zdecydowanie jest warte wszystkich skarbów tego świata. I choć nie zawsze bywa kolorowo, tyci rączki wtulające się w nasze ramiona, w poszukiwaniu bezpieczeństwa, wynagradzają wszelakie trudy. Poczucie, że nasz wysiłek nie poszedł na marne, daje zaś niewyobrażalną satysfakcję. A jeśli do tego wszystkiego dołożymy masę dziecięcego śmiechu, wypełniającą naszą szarą rzeczywistość, okazuje się, że bycie mamą jest mimo wszystko najwspanialszą rzeczą na świecie…

Jak było u Was? Rzeczywiście teoria nie miała nic wspólnego z praktyką? Co Was najbardziej zaskoczyło? Czekam na Wasze historie w komentarzu!

IMG_6356-2blog

IMG_6367blog

IMG_6365blog

IMG_6381blog

IMG_6424blog

IMG_6281blog

 bluzka, spinka – h&m/ spódnica – reserved/ rajstopy – allegro/ buty – TU


Dodaj komentarz

5 komentarzy do “być mamą w teorii i praktyce…